V.V.C.: Vampire Vitae Community

Pocztówka z Republiki Bananowej

…a więc z powodów opisanych wcześniej przybyłem do Bielska-Białej. Moje pierwsze wrażenie po przybyciu do Polski – bella ragazza – kobiety są tu PIĘKNE. Oczywiście w Wenecji jak i w całych Włoszech również można spotkać wiele urodziwych niewiast, jednak piękno tych polskich jest zupełnie inne. Nie oliwkowe, opalone, ciemne i pełne energii jak u moich rodaczek. Bardziej zwiewne, delikatne i efemeryczne – po prostu wspaniałe. Drugie spostrzeżenie: dlaczego mając tyle pięknych kobiet dookoła mężczyźni tu nie ubierają się elegancko i noszą kiepskie buty? Nie chodzą do solarium, ogólnie nie dbają o siebie. Niesamowite są te różnice kulturowe.

Po przyjeździe Celestia poprosiła jednego z towarzyszących jej duchów, aby się mną opiekował podczas pobytu w Bielsku nie odstępując mnie na krok. To bardzo miłe z jej strony. Jednak jeżeli to, co mówią o niej w Wenecji, to prawda, to zrobiła to po to, by mieć mnie na oku. Leda, bo tak kazał zwracać się do siebie duch, jest bardzo tajemnicza. Wszelkie osobiste pytania takie jak: kim jest, skąd się wzięła w rodzinie, jak zmarła etc. zbywa milczeniem. Jako nekromanta nie czuję się nieswojo w towarzystwie duchów, ale z tym jest coś mocno nie tak.

Od początku pobytu w Bielsku nie poznałem jeszcze pozostałych Giovannich przebywających w mieście. Jak na razie, zgodnie z poleceniami Celestii całymi dniami siedzę w podziemiach i czytam książki o rytuałach nekromancji. Zauważyłem, że w podziemnej bibliotece jest wiele pozycji na temat taumaturgii. Byłem bardzo zdziwiony tym faktem, bo wiem, jak klan Tremere strzeże swoich tajemnic. Kiedy zapytałem Celestię skąd ma te wszystkie materiały odpowiedziała, że są to manuskrypty skopiowane od poprzedniego księcia Bielska, który znał taumaturgię i dzielił się tą wiedzą o ze swoimi współpracownikami. Dodała również, że znając i potrafiąc stosować podstawowe prawa jakimi rządzi się magia krwi niezależnie od tego, czy jest to nekromancja, taumaturgia czy magia kołduniczna, jestem w stanie przerobić rytuały taumaturgiczne opisane w książkach znajdujących się w bliotece tak aby stały się rytuałami nekromantycznymi. Powiedziała też, że jeżeli chcę może udostępnić mi notatki na temat tych rytuałów, które udało się jej już opanować.

Po kilku dniach od przybycia do Bielska, w trakcie kiedy siedząc przy biurku na piątym poziomie katakumb kreśliłem coś gęsim piórem na starym pergaminie przed otwartą księgą z ludzkiej skóry, usłyszałem szelest i gdy się obróciłem zobaczyłem moja mentorkę w długiej czarnej sukni schodzącą po schodach. Niosła w rękach wielką zapaloną świecę. “Pojedziesz przedstawić się Księżnej” – powiedziała, – “Przy okazji wykonasz dla niej zadanie. Nasze wynagrodzenie zostało już ustalone. Masz się z nią spotkać na zamku, twoja ochrona wie gdzie to jest. Ufam, że dasz sobie radę,” dodała po czym odeszła w górę schodów.

Podróż na zamek nie trwała długo. Krócej niż doprowadzenie się do porządku po kilku dniach siedzenia przy świecach w zakurzonych i wilgotnych katakumbach. Po przybyciu na miejsce musiałem długo czekać, aż w końcu księżna mnie przyjmie. Oprócz mnie zostało wezwanych też kilka innych wampirów, jak się domyśliłem w tym samym celu. Jeden z nich, ten od którego Leda wyczuła magię, to zapewne Tremere. Jeden z wielu, którzy, jak słyszałem, przybyli ostatnio do miasta. Jest ich podobno kilkunastu. Prawdziwa plaga! Kolejny ewenement to wampir, który według L. miał na sobie iluzję. Wyglądał mi na Ravnosa. Dziwne, że Camarlla toleruje ich w swoim mieście. Widocznie desperacko poszukuje sojuszników. Nie żebym miał coś przeciwko Ravnosom. Tak długo jak zajmują się swoim sprawami. Ostatni z tej trójki był jakiś wampir wyglądający, jak nie z tej epoki. Nie wiem z jakiego mógł być klanu.
Po jakimś czasie, już spóźniony, przybył jegomość stylizujący się chyba na rockmana. Niezła zbieranina. Obstawiałbym Brujah, może Torreadora, ale równie dobrze mógł to być Gangrel. Nie znam się za dobrze na barbarzyńskich klanach.

Po długim oczekiwaniu księżna – pokryta tatuażami Prawdziwa Brujah zaprosiła nas do środka. Moja towarzyszka po drugiej stronie zasłony skomentowała jej ubiór jako niesamowicie niegustowny, nie pasujący do zajmowanego stanowiska. Jako człowiek wychowany w kraju, gdzie szanuje się modę, nie mogłem się z nią nie zgodzić.

Po krótkiej wymianie uprzejmości księżna przeszła prosto do sedna. Okazało się, że zostaliśmy wezwani, ponieważ w jednej z należącej do niej nieruchomości zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Księżna podejrzewała, że jest nawiedzona, ale bardzo możliwe że nie przez duchy gdyż wtedy wezwała, by tylko nasz klan. Chciała, byśmy zajęli się tą sprawą. Jako, że nie miałem za bardzo wyboru, nie oponowałem. Reszta gości trochę się wykłócała o profity, jakie czerpać będzie z tej współpracy, ale w końcu przystała na zaproponowane warunki. Muszę przyznać, że byłem trochę zdziwiony zasadami panującymi w Camarilli. Nie wiem tego na pewno, ale podejrzewam, że gdybym ja odezwał się do Celestii w sposób, w jaki niektórzy z nich odzywali się do księżnej, byłyby to ostatnie słowa jakie wypowiedziałem w swoim nieżyciu.

Po spotkaniu zostaliśmy zaprowadzeni do sali w której mogliśmy lepiej się poznać, a jeden z ghuli, rosły murzyn, przedstawił nam szczegóły dotyczące nieruchomości, którą mieliśmy zbadać. Okazało się, że mieści się w Cygańskim Lesie, ma na niej być postawiony hotel, a podczas podczas prac w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło tam wielu robotników.
Okazało się, że dość dobrze udało mi się odgadnąć klany, z których pochodzą pozostałe wampiry przydzielone do tego zadania. Cygan okazał się być Ravnosem, otoczony ochroniarzami człowiek w garniturze Tremerem, Rockman Torreadorem, a osobnik z innej epoki przedstawił się jako Kiasyd. Nie znam tego klanu musi być ich bardzo mało.

Po krótkiej naradzie ustaliliśmy, że udamy się natychmiast na miejsce. Ravnos i Torreador pojechali ze mną limuzyną, którą tu przybyłem, pozostali dwaj mieli do nas dołączyć później.
Kiedy już prawie udało nam się dojechać w okolice rzekomo nawiedzonego hotelu, limuzyna zatrzymała się i żadne wysiłki mojej świty nie mogły sprawić, aby ruszyła dalej. Gdy rozejrzeliśmy się po miejscu, w którym się znajdujemy, zauważyliśmy, że latarnie w okolicy nie działają. Wszystko wskazywało na to, że coś wysysało moc z urządzeń w tym obszarze. Po drugiej stronie zasłony nie spostrzegłem żadnego ducha za wyjątkiem tych, które widać było gdzieś na horyzoncie. Wyglądały jakby uciekały. W tym momencie Ravnos zapytał mnie, czy moi ochroniarze mają broń. Byłem trochę zaskoczony tym pytaniem. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że mają przy sobie karabiny maszynowe AK-47. Jeszcze przed wyjazdem z Wenecji przeczytałem w opracowaniach grupy zajmującej się wywiadem, że pod względem bezpieczeństwa Polska traktowana jest jako Republika Bananowa i każdemu wampirowi za wyjątkiem potężnych starszych zalecane jest podróżowanie po niej z dobrze uzbrojoną eskortą. Nie wspomniałem Ravnosovi, że w bagażniku znajduje się ręczna wyrzutnia rakiet, a pod siedzeniami ukryte są dwa rosyjskie granatniki. Uznałem, że nie ma to sensu. Ktoś kogo klan spędził tu tyle czasu bez żadnej solidnej ochrony tego nie zrozumie.

Jako, że limuzyna odmówiła posłuszeństwa postanowiliśmy, że do hotelu pójdziemy pieszo. Po drodze dołączyli do nas Tremere i Kiasyd, których środki transportu również okazały się w tej sytuacji bezużyteczne.

W niedokończonym hotelu paliły się światła. Było to niepokojące bo murzyn na odprawie wyraźnie mówił, że budowlańcy nie podłączyli jeszcze prądu. Przy wejściu przywitał nas odźwierny, od którego Leda wyczuła aurę duchowości i agresji, i zaprosił nas do środka.
W holu, który wyglądał jak gdyby hotel był już ukończony, przechadzali się “goście”. Już wtedy wiedziałem, że znajdujemy się pod wpływem potężnych i zapewne wrogich nam sił. Wszelkie próby wydostania się z zasadzki spełzły na niczym. Za każdym razem gdy próbowaliśmy wyjść wracaliśmy do środka. Wyglądało na to, że musimy grać w tę grę.

Moi towarzysze zdecydowali się zameldować w przydzielonych im pokojach. Ja stałem w holu obserwując jak po kolei znikają w windzie odprowadzani przez hotelowego boya. Kiedy ostatni z nich opuścił lobby zostałem zaatakowany przez osiem stworów wyglądających jak złożone z drewnianych desek z piłami tarczowym zamiast rąk. W obliczu przewagi liczebnej wroga wycofałem się do baru hotelowego gdzie się zabarykadowałem. Był to najwyższy czas, aby przyznać się przed sobą, że sytuacja jest trudna i trzeba zadzwonić do Celestii po pomoc. Liczyłem na to, że przybędzie tu poprzez Tempest, szybko rozprawi się z napastnikami, a następnie poradzi sobie z całą sytuacją. Niestety mój telefon nie zadziałał. Byłem zdany tylko na siebie. Poprosiłem Ledę aby stworzyła na środku pomieszczenia iluzję mnie, a sam ukryłem się w oczekiwaniu na to, aż napastnicy sforsują drzwi. Zamierzałem wymknąć się z pomieszczenia kiedy do niego wejdą. Gdy w końcu udało im się wejść, zauważyłem za sobą drzwi, których wcześniej tam nie było. Nie zastanawiając się długo wszedłem przez nie i znalazłem się w ciemności. Jedynym widocznym tam punktem było oddalone światło, zacząłem iść w jego kierunku.

Sam nie wiem jak długo maszerowałem spowity ciemnością. Zatraciłem poczucie czasu, mogło to być kilka godzin, ale równie dobrze kilka dni. Kiedy w końcu dotarłem do światła znalazłem się zaraz przy ringu bokserskim, dookoła którego kłębiły się zastępy wszelkiej maści stworów. Sam ring miał przezroczystą podłogę, pod którą w bezdennej maści również widoczne były przerażające kreatury. Na środku ringu stał Tremere. Wyglądało to tak jakby miał zamiar odbyć pojedynek bokserski z Minotaurem, który również znajdował się na ringu. Ja sam w ręku ręku miałem ręcznik i bidon z wodą jak gdybym był trenerem. W tym momencie uświadomiłem sobie, co się dzieje. Wchodząc do hotelu wkroczyliśmy w strefę o bardzo słabej zasłonie i znaleźliśmy się w zaświatach. Ciemne pomieszczenie było po prostu bywayem, który prowadził, aż do labiryntu. Znajdowałem się w miejscu które zachodnia cywilizacja nazywa piekłem. Po chwili rozpoczęła się walka. Na początku Tremerowi nie szło za dobrze, myślałem już że lada chwila zostanie zgładzony przez potwora. Na jego szczęście na środku ringu pojawili się Ravnos, Kiasyd i towarzyszący im nie wiadomo dlaczego wilkołak. Razem zaatakowali minotaura-demona. Postanowiłem przyłączyć się do walki. Mimo, że zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa po prostu MUSIAŁEM napić się krwi diabelskiej istoty. Kto wie kiedy następnym razem będę miał taką okazję. Krew demona zgodnie z oczekiwaniami okazała się toksyczna i prawie doprowadziła do mojej ostatecznej śmierci, ale i tak było warto. Po krótkiej ale zaciekłej walce drużyna uporała się z demonem, który zostawił po sobie złote rękawice bokserskie. Po jego śmierci zostaliśmy przeniesieni z powrotem do hotelu, który wyglądał już teraz jak zwyczajna budowla. Natychmiast udaliśmy się do księżnej. Opowiedzieliśmy jej o tym co zaszło, wręczyliśmy jej pozostałe po demonie rękawice i dowiedzieliśmy się, że wypełnienie tej misji zajęło nam dwa tygodnie, co nie było dla mnie zaskoczeniem, znam prawa rządzące dalekimi zaświatami.

Po audiencji natychmiast pośpieszyłem do C. aby zdać jej obszerną relację. Wiedziałem, że zaciekawi ją pojawienie się w mieście demonów. Jeżeli plotki o niej są prawdą to BARDZO interesuje się zagadnieniem upadłych.

Comments

Witold_Fiore_Hess Witold_Fiore_Hess

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.